ODCINEK 9, CZĘŚĆ II
Henryk Sienkiewicz wjechał do Bielska dyliżansem. A właściwie do Białej. Od strony Krakowa. Siedzący na przedzie pocztylion obwieścił jego wjazd, wygrywając na pocztowej trąbce wiedeńskiego walca. Sztucer, choć zapakowany w futerał, trzymał koło siebie, na wszelki wypadek, choć nie bardzo wierzył w te historie o zbójnikach z gór, którzy mieli w tych okolicach łupić podróżnych.
Dyliżans pocztowy jeździł tędy regularnie, przewożąc listy, paczki oraz dwunastu pasażerów na trasie Lwów-Wiedeń. Podróż trwała trzy i pół doby z Wiednia do Lwowa, cztery i pół ze Lwowa do Wiednia, z postojem m.in. w Bielsku.
Jechali ludną ulicą Główną (Hauptstrasse). Mieszczanie rozstępowali się na głos pocztowej trąbki.
- To jeszcze Małopolska? - zdziwił się Sienkiewicz, patrząc na las fabrycznych kominów i na pyszne, bogato zdobione kamieniczki z niemieckimi szyldami.
- Rubieże - wyjaśnił spiesznie któryś z podróżnych - Za mostem już Śląsk.
Sienkiewicz zastukał na woźnicę, kiedy zaprzężony w czwórkę koni dyliżans pospieszny do Wiednia zwolnił w zagęszczającym się coraz bardziej tłumie przed mostem na rzece Białej.
Tu był umówiony. Tu, w "Cafe Central" na granicy Małopolski i Śląska, na dawnej granicy Rzeczpospolitej, miał czekać na niego człowiek, z którym udać się miał na kwaterę w jednej z okolicznych wiosek górskich, których nazw jeszcze nie pamiętał.
Pocztylion pomógł mu wyładować bagaże. Elegancki pan ze starannie przystrzyżoną bródką rozglądał się ciekawie po tym dziwnym niemiecko-austriacko-żydowskim dwumieście.
- Tam jest Śląsk - pocztylion wskazał ulicę za pięknie wykonanym mostem z wielkimi, metalowymi półobręczami po bokach. - A tam Galicja - skinął głowę w stronę, z której przyjechali. Ulica po jednej i po drugiej stronie mostu nie różniła się niczym szczególnym.
Nad rzeką, przy moście, po stronie galicyjskiej znajdowała się kawiarnia o nazwie "Cafe Central", jak w Wiedniu, i do wiedeńskiej "Cafe Central" troszeczkę podobna.
Nikt nie wstał, nikt na pisarza nie czekał. Kawiarniany piccolo pomógł mu wnieść bagaże do środka i wskazał wolny stolik w ogródku tuż nad rzeką. Wiedeńskim zwyczajem podano gościowi szklankę z wodą. Studiując kartę, Sienkiewicz zerkał na młodą, powabną sitzkassierin, która liczyła wydawane gościom kostki cukru.
- Pan sobie życzy - spytał kelner, kłaniając się uprzejmie.
- Espresso - machinalnie odpowiedział pisarz.
Kelner wyprostował się.
- Niezmiernie mi przykro, proszę pana, ale my tutaj nie podajemy espresso.
- Nie podajecie espresso??? - zdziwił się Sienkiewicz, wciąż zamyślony i wpatrzony w sitzkassierin sumującą właśnie rachunki.
- Zdecydowanie nie, proszę pana. Naprawdę bardzo mi przykro.
- To cappuccino poproszę - rzucił z roztargnieniem pisarz.
- Niestety proszę pana. Tu nie podaje się cappuccino - rzekł chłodno kelner.
Pianista przygrywał na pianinie najnowsze kompozycje prosto z samego Wiednia. Obok panowie, paląc cygara, grali sobie w bilarda. Na chętnych czekał pusty stolik do kart oraz świeża prasa - wiedeńska, berlińska i śląska.
- Latte? - spytał Sienkiewicz.
Twarz kelnera stężała.
- Nie podajemy latte.
Sitzkassierin złowiła nareszcie to słynne Sienkiewiczowskie spojrzenie, uśmiechnęła się ledwo dostrzegalnie i szybko pochyliła głowę.
- To co wy pijecie, w tej Białej i w Bielsku? - zapytał z uśmiechem pan Henryk.
Kelner skłonił się.
- Proponuję panu brauner, tj. mocną kawę w niewielkiej filiżance, melange, czyli kawę z mlekiem i z pianką, kapuziner, czyli brauner z niewielką ilością bitej śmietany bądź też specjalność zakładu - einspänner, czyli mocną kawę w wysokiej szklance, z bitą śmietaną.
- Wybaczy pan spóźnienie! Okoliczności! Koło! Obręcz! Konie! - wykrzykiwał zażywny gospodarz, który wpadł właśnie do "Cafe Central" i po krótkim rozejrzeniu się przypadł do stolika Sienkiewicza. - Wszystko już przygotowane. Kwatera czeka. Konie czekają. Możemy jechać!
Nie było więc dane Henrykowi spróbować bialskiego specjału. Skinął głową spłonionej sitzkassierin na pożegnanie, wziął swój zapakowany w futerał sztucer i udali się do Bystrej, lub dalej, do Wilkowic, gdzie obiecywano pisarzowi nadzwyczaj udane polowania.
Niewiele lat później w tej samej bialskiej kawiarni kawę einspänner z migdałowym torcikiem spożywał Tomasz Mann, który przyjeżdżał tu w odwiedziny do przyjaciela. A jeszcze później wybitny geograf, dr Mieczysław Orłowicz, któremu kawiarnia tak przypadła do gustu, że polecał ją w swoim "Przewodniku po Galicyi" i wreszcie Witkacy, który przychodził tu z bielską powieściopisarką, żoną starosty bielskiego, madame Kazimierą Alberti.
Nie mam informacji, kiedy bialską "Cafe Central" wyburzono.
Czytane 1725 razy
Kopiowanie materiałów dozwolone pod warunkiem podania źródła: www.super-nowa.pl
Drukuj >>Liczba komentarzy: 7
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze internautów.
Więcej >>
