ODCINEK 9, CZĘŚĆ II
Salomon Halberstamm powracał Traktem Cesarskim z wyprawy na Bliski Wschód z walizkami pełnymi hebrajskich starodruków. Pocztylion zatrąbił i dyliżans zatrzymał się przed Zamkiem Sułkowskich.
Tu, koło zamku, przy ulicy Wzgórze mieszkał ów mędrzec, znany w całym żydowskim świecie zbieracz i interprator starych ksiąg. Jeśli Żydzi z Jemenu, chłopcy z nowojorskiej jesziwy, czarni mędrcy żydowscy z Etopii i sefardyjscy rabini z Toledo wiedzieli cokolwiek o Bielsku to tylko dlatego, że tu, przy ulicy Wzgórze mieszkał Salomon Halberstamm. To on, sobie tylko znanymi sposobami, wynajdywał w arabskich wioskach, miastach i na dalekich pustyniach księgi, o których istnieniu opowiadano dotąd tylko legendy. Przywoził je do Bielska i jako pierwszy po ośmiuset, dziewięciuset latach odczytywał.
W domu Salomon Halberstam z czcią pochylił się nad księgą i bezgłośnie odmówił dziękczynną modlitwę. Był pewny, że ma przed sobą oryginał - mówiło mu to wewnętrzne przekonanie oraz wprawne oko wytrawnego kolekcjonera, badacza. Rękopis pisany, być może, dłonią samego Abulafii, a może dyktowany któremuś z jego uczniów. Safer Ha Ot. Księga Znaku. Salomon długo siedział nad stołem z pochyloną głową. Kładł dłonie na księdze, wąchał ją, jak gdyby wciągał opium, dotykał językiem, przykładał policzek, ucho. Nasłuchiwał.
Safer Ha Ot. Księga Znaku. Aby ją zdobyć, przedzierał się na wielbłądach przez pustynie, spał w zatęchłych, zapluskwionych norach, przeszedł ciężką chorobę po zatruciu wodą, cudem wyszedł cało z rąk pustynnych zbójców, wreszcie utracił wskutek tej podróży całkiem niebagatelną część swego majątku.
Salomon Halberstamm odlicza ostatnie kwadranse, które dzielą go od zachodu słońca. Co kwadrans bije dzwon na wieży kościoła. Salomon chce otworzyć pierwszą stronę Księgi zaraz po zachodzie słońca. I czuje, jak drży świat, który ma zapach i smak Księgi Znaku.
Kabaliści znają słowa, dzięki którym mogą przenieść się do początków świata albo do innego, dowolnego momentu i wrócić z powrotem.
* * *
Abulafia, gdy chciał, władał żywiołami i znał słowa, dzięki którym mógł się przenieść do początku świata i powrócić cało. Świat bowiem składa się ze słów i wszystko jest słowem - mówił Abulafia. I wszystkie słowa zawierają się w tym pierwszym. I wszystko, co można nazwać, istnieje. Co niewidzialne, jest teraz i tutaj i czeka na właściwe słowo, na znak.
W wielkiej, pustej komnacie wielkiego pałacu na potężnym, obitym aksamitem tronie siedzi samotny papież. Olbrzymie drzwi do komnaty z trudem uchylają się i całą salę wypełniają kroki, a z każdym kolejnym krokiem twarz brata Salvadore przybiera wyraz jeszcze większego szacunku, pokory i uniżenia, aby ciepła bliskość papieskiej dłoni i chłód pierścienia całkowicie skruszyły ciało zakonnika.
- Wstań! - poprosił łagodnie papież i Salvadore wstał.
- Wasza świątobliwość - szepnął, a szept jego odbił się od wszystkich ścian złoconej komnaty. - Przybył ten Żyd. I prosi o audiencję.
- Abulafia - pokiwał głową ze smutkiem, czy z zadumą papież.
I Salvadore zadumał się.
- Przybył pieszo?
Salvadore potwierdza:
- Uprasza o audiencję dziś jeszcze, albowiem, jak twierdzi, Bóg jeden wie, czy jutro wzejdzie słońce.
- Nadmierne obawy - żachnął się papież, a każde jego słowo bez trudu przebiegało pustą przestrzeń komnaty aż do drzwi.
- Ma żółtawą cerę, właściwą ludziom, którym w twarz tchnęła śmierć.
- Co zatem sądzisz, bracie Salvadore?
- Sądzę, iż to człowiek pyszny.
- To mędrzec.
- I mędrcy błądzą.
- Co więc radzisz?
- Odprawić.
Papież zamyślił się. Jeżeli ktoś zwiedzałby komnatę, mógłby nie zauważyć dwóch pogrążonych w milczeniu niewielkich postaci. Oglądałby ściany, sufity i rzeźbione drzwi, patrzyłby w okna i ani nie widziałby ani nie słyszał skulonej na wielkim tronie postaci papieża i wpół pochylonego przy nim zakonnika.
- Jednak chcę go przyjąć - wyszeptał papież, jak gdyby wbrew sobie. - Ale szanuję twoje zdanie, bracie.
Salvadore z szacunkiem skłonił głowę.
- Każ mu przyjść jutro, w południe... Albo nie. Każ mu czekać, kiedy go zawołam - zakończył papież.
Zakonnik oddalił się, drzwi się uchyliły, aby zatrzasnąć się znowu. W ogromnej sali został mały, stary papież o żółtawej cerze.
Abulafia znał słowa, którymi mógłby otworzyć wszystkie, zamknięte przed nim bramy.
Świat jest słowem. Istnieją słowa, które dopasowane do siebie, jak szyna do szyny, wyprowadzą cię poza czas, poza świat, do początków. Mędrcom Kabały znana jest modlitwa, odmawianie której, fizycznie i namacalnie, przenosi modlącego się do przedczasowej, przedświatowej magmy, w której wszystkie znaczenia kotłują się, zmieszane ze sobą, niewyodrębnione.
CDN
Czytane 1408 razy
Kopiowanie materiałów dozwolone pod warunkiem podania źródła: www.super-nowa.pl
Drukuj >>Liczba komentarzy: 3
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze internautów.
Więcej >>
