REGION: BIELSKO-BIAŁA * ŻYWIEC * SKOCZÓW * CIESZYN * WISŁA * CZECHOWICE-DZIEDZICE * PSZCZYNA * KATOWICE * OŚWIĘCIM * KĘTY * WADOWICE * KRAKÓW * PÓŁNOCNE MORAWY
„STAN PODGORĄCZKOWY”

ODCINEK 9, CZĘŚĆ II

(archiwum)Sonda:

Kończą się wakacje. Czy dla Ciebie były udane?

Od: 26.08.2010

Czas wolny & Konkursy
reklama

KASA, cz. 12 Krzysztof Oremus | 10.03.2010 (1065)

ROZDZIAŁ IV

1.
 
Z kłów wolno skapywała ślina. Ciągnęła się niczym guma ku ziemi,  aż w którymś momencie urywała się i przyśpieszając lądowała na rozdeptanym śniegu. Wilczur miał zjeżoną sierść i było oczywiste, że najmniejszy ruch może go sprowokować do ataku. Wyglądał zresztą jakby tylko na to czekał. Ostrzegał o tym wyraźnie, warcząc i coraz mocniej obnażając zęby. Wyglądało na to, że nie będzie miał najmniejszych skrupułów aby rzucić się do gardeł tym dwóm ludziom, którzy stali teraz bez ruchu wpatrzeni w niego i skuci paraliżującym strachem, od którego pot spływał im ciurkiem po plecach. To właśnie zapach tego strachu, ostry i pobudzający zmysły, podkręcał psu adrenalinę.
– Coś trze…
– Ci…! – szepnął Jaś. Wiedział, że najdrobniejszy błąd może ich drogo kosztować. Lepiej było stać i nic nie gadać. Myśli przelatywały mu przez głowę z prędkością błyskawicy. Żadna jednak nie była na tyle rozsądna, aby móc ją wykorzystać. Dali się zagonić w kozi róg i tylko cud mógł ich teraz uratować. I cud zdarzył się.
– Dolar! Do nogi! Już! – usłyszeli wtem za plecami. Na dźwięk głosu pies skulił uszy i skoczył do przodu. Przez jedną krótką chwilę (w tych okolicznościach trwała ona i tak całe wieki) Jaś uwierzył, że wilczur postanowił skoczyć do ich gardeł. Pies przebiegł jednak obok nich i zniknął z pola widzenia. Stali jeszcze przez moment bez ruchu, po czym  Grzegorz drżącym z emocji głosem zapytał:
– Czy już możemy się odwrócić?
– Tak, oczywiście – usłyszeli. -  Zamknęłam go. Przepraszam najmocniej, ale myślałam, że pies jest w domu. Nie mam pojęcia, kiedy udało mu się wyjść. To prawdziwa bestia.
Jaś dopiero teraz poczuł, jak strach opuszcza jego ciało. Jakby z kręgosłupa i wszystkich mięśni wypłynęła  na zewnątrz cała sztywność. Nogi drżały mu w kolanach, serce zaczęło łomotać. Zżarłby nas Dolar… – pomyślał. Nie do wiary…
Stali na podjeździe wielkiego domu w dzielnicy Bielska-Białej, Cygańskim Lesie. Nie było tu domów z wielkiej płyty, gwaru i wiecznego ścisku na drogach. Dzielnica wyglądała jak rozdział kolorowej bajki – pełna stylowych willi wciśniętych niczym skrzaty pod wielkie drzewa.
Kobietą, która uratowała ich od psich kłów  (a może wcale nie, może celowo wypuściła tego bandytę kiedy zobaczyła, że na jej teren wchodzi dwóch obcych facetów) była Magda Zielińska. Nie ukrywała zdziwienia.
–  Cóż… To my przepraszamy – wydukał Jaś. Wciąż jeszcze myślał o psich kłach.
– Tak. To nasza wina. Słowo daję – dodał Grzegorz. –  Powinniśmy jakoś panią uprzedzić, ale, niestety, nie udało nam się zdobyć domowego numeru telefonu.
– Ale… - zająknęła się kobieta. – Nie wiem…
 – Jesteśmy z gazety – przerwał jej Grzegorz. – Chcieliśmy z panią chwilę porozmawiać.
Jaś spojrzał na przyjaciela i skinął głową.
– Właśnie – bąknął. – Pani mąż…
– Wejdźcie – powiedziała nagle Zielińska przerywając niepewność chwili. – Porozmawiamy w środku.
Nie wiadomo, czy to zimno sprawiło, że  tak nagle się zdecydowała, czy może raczej obawa przed wścibstwem sąsiadów.  W każdym razie było im to na rękę. Jaś odetchnął z ulgą, bo zaproszenie do środka oznaczało, że nie będzie musiał wymyślać żadnych ckliwych historyjek, aby móc z Zielińską chwilę porozmawiać.
Poczekała aż zbliżą się i przepuściła ich przodem.
– Bez obaw – rzuciła, kiedy oboje zawahali się w progu pomni faktu, że gdzieś w tym domu czai się wielki pies, który jeszcze kilka minut temu miał ochotę sprawić im prawdziwy łomot. – Dolar w mieszkaniu jest łagodny jak baranek – wyjaśniła kobieta odgadując ich emocje
Jakby na potwierdzenie tych słów, pies wybiegł z pokoju i machając przyjaźnie ogonem trącił Jasia nosem w udo. Miał ochotę go pogłaskać, ale nie odważył się zaryzykować.
Przeszli do salonu.
– Siadajcie – Zielińska wskazała im dwa wielkie fotele obite brązową skórą. – Na moment przeproszę i zrobię coś do picia. Zaraz wracam.
Utonęli w wygodnych siedziskach. Salon robił wrażenie. Jaś mógłby dać głowę, że tylko w nim zmieściłoby się jego skromne pięćdziesiąt metrów kwadratowych. A co dopiero, jeśli brać pod uwagę cały dom! Skąd ludzie mają na to pieniądze, dziwił się? Jedną ścianę zdobiło wielkie okno, rozsuwane na boki, za którym ścielił się sporych rozmiarów ogród odcięty od reszty świata ścianą gęstego lasu. Drzewa wyglądały tak, jakby ktoś z góry nałożył na nie białe, śnieżne czapki.  Rejestrując te fakty Jaś układał sobie jednocześnie w głowie pytania do Magdy Zielińskiej. Miał wrażenie, że z czymś mu się kojarzyła. Nie potrafił jednak wyłowić tego przeczucia z morza kłębiących się w głowie myśli.
– Na drugi raz jak będę się wybierał na obcy teren, to z dubeltówką, cholera! – szepnął tymczasem Grzegorz i w ten sposób ostatecznie rozproszył wysiłki Jasia. – Byłem święcie przekonany, że to bydle nas użre.
Jaś roześmiał się na to. Przed oczami stanęła mu twarz przyjaciela – ścięta strachem niczym galaretka z nóżek wieprzowych.
– Miałeś pełne gacie. Przyznaj się – zakpił.
– A ty nie? – burknął Grzegorz.
Do salonu weszła Zielińska. Jaś podejrzewał, że musiała mieć około pięćdziesięciu lat, chociaż równie dobrze mogła być nieco młodsza. Jej twarz ozdobiona była ostrym makijażem, który w miejscach gdzie nałożony został na zmarszczki, zdążył lekko już wykruszyć się. Zielińska mogła się jednak wciąż podobać. Kobieta usiadła na kanapie i gestem zachęciła ich do skosztowania ciasta i kawy.
– Więc co dokładnie panów do mnie sprowadza? – zapytała. -  Mam nadzieję, że nie macie zamiaru grzebać w osobistym życiu mojego męża.
Grzegorz chrząknął i zaczął się poprawiać na fotelu. Jaś wytrzymał spojrzenie kobiety i pogryzając kawałek sernika wyjaśnił:
– Nie tyle chodzi nam o pani męża, proszę zresztą przyjąć nasze kondolencje, to przykre, co się stało, co o jego dobrego znajomego, pana Henryka Szymańskiego.
Zamilkł na chwilę i popił ciasto kawą. Było nawet dobre, ale chyba wczorajsze, i lekko już wyschło.
– Co z nim? – Zielińska uniosła brwi. – Wiem, że się znali, ale ja za tym człowiekiem nie przepadam. Nie wiem, w czym mogłabym być w tej sytuacji pomocna.
– Może wie pani, jak w ostatnim okresie układały się między nimi stosunki? – zapytał Grzegorz. – My wiemy, że Szymański pilnie poszukiwał pani męża, i to jeszcze na kilka dni przed jego śmiercią.
– Nie mam pojęcia – Zielińska rozłożyła ręce w geście bezsilności. – Mąż nie zwierzał mi się ze swoich interesów. Wiem tylko, że spotykali się od czasu do czasu, ale prawie nigdy tutaj. Zresztą nie wiedziałam, że wyjazd mojego męża do Rzymu uznano za zniknięie.
–  I nie wydzwaniał do pani nikt z urzędu miejskiego? Mąż przygotowywał przetarg, który był w finalnym etapie, kiedy nagle… zniknął – zdziwił się Jaś.
– Może i wydzwaniał, ale byłam poza Bielskiem, a komórkę zostawiłam w domu. Nie miałam ochoty na żadne rozmowy.
Zamilkła, szurnęła stopą po podłodze i po chwili dodała:
–  Sam pan widzi, że to niewiele.
– Faktycznie, to niewiele – zgodził się Jaś. –  Ale jest jedna sprawa, o której pani, jako żona, tak sądzę, powinna jednak wiedzieć.
– Tak? – czekała.
– Pieniądze. Szymański szukał pani męża, bo pożyczył mu dosyć pokaźną kwotę. Wie pani może, co się z tymi pieniędzmi stało? I na co były przeznaczone?
– Drogi panie – ton Zielińskiej nagle stał się lodowaty. – Nie rozumiem dlaczego przychodzicie tu i wypytujecie o takie rzeczy. Czy to ja pożyczałam od Szymańskiego kasę? Nie pełniłam w tym domu roli sejfu. Skąd mam, u licha, wiedzieć, co mój mąż zrobił z trzystoma tysiącami…
Jaś nic na to nie odpowiedział. Wiedział, że Zielińska wkopała się podając kwotę pożyczki. Postanowił jednak zmienić temat.
– A czy znała pani Izabelę Woźniak? – spojrzał na Grzegorza, a zaraz później na nią.
– Z widzenia – Zielińska uciekła wzrokiem w bok, ale Jaś nadal przyglądał się jej. Zauważył, że przez drobny moment kąciki jej ust delikatnie zadrżały. Trwało to moment, po czym żona Mikołaja Zielińskiego wzięła głęboki oddech i spokojnym tonem powiedziała:
–  Słyszałam, że miała nieszczęśliwy wypadek. W pracy.
–  Właśnie – padło z ust Grzegorza. – Przewróciła się i wbiła sobie coś czaszkę…
– Cóż… zdarzają się takie rzeczy – westchnęła Zielińska. – Nie będę ukrywać, że wcale mi jej nie jest żal. Widocznie czymś zasłużyła sobie na to.
–  Była pani o nią zazdrosna? – zaryzykował pytanie Jaś.
– Ja?! – oburzyła się. – Też coś. O tę małą zdzirę? Od początku mnie denerwowała. Lubiła prowokować ludzi. Tym jak się ubierała, jak na nich patrzyła, co mówiła. Powtarzałam mężowi, że powinien ją zwolnić, ale on był uparty jak osioł. Mówił, że nareszcie ma kogoś, kto potrafi skutecznie sprzedać wyjazdy. Ale zazdrosna o nią nie musiałam być.
– A teraz, kto się tym zajmie? – zaciekawił się Grzegorz. – Biurem podróży – dorzucił widząc, że Zielińska nie zrozumiała go.
– Na razie biuro jest zamknięte. Nie mam do tego głowy.
Zielińska poprawiła włosy, a Jaś w tym czaszie intensywnie zastanawiał się. Wiedział już o tej kobiecie wszystko. Mierziła go i nagle zapragnął jak najszybciej wyjść.
– Nie sądzi pani, że mąż mógł panią jednak zdradzać z nią? – zapytał znienacka.
– Drogi panie! – twarz Zielińskiej nabiegła nagle krwią. – To chyba gruba przesada. Myślę, że to już koniec naszej pogawędki.
Wstała energicznie i przeszła w kierunku drzwi dając im wyraźnie do zrozumienia, że nie są już mile widzianymi gośćmi.
– To ciasto było chyba wczorajsze – rzucił na pożegnanie Jaś.
– Chryste! Mam nadzieję, że nie poszczuje nas na koniec tym potworem – jęknął Grzegorz kiedy już wyszli na zewnątrz. – Co ci odbiło?
– Odbiło? – Jaś przystanął. – Chciałeś dalej wysłuchiwać, jak baba łże?
–  No nie… ale może jeszcze z czymś by wyskoczyła – Grzegorz otworzył drzwi samochodu i obaj wsiedli do środka.
– Mamy już wystarczająco dużo, a nawet więcej – Jaś zatarł ręce. Wiedział już, co go tak męczyło w związku z Szymańską. Uznał jednak, że na razie zachowa to dla siebie.
Wjechali na ulicę Bystrzańską, przedłużenie głównego ciągu komunikacyjnego miasta. Droga przecinała miasto na pół, z jednej strony wylatując w kierunku Szczyrku, z drugiej na Katowice. Jaś poprosił Grzegorza, aby podrzucił go na „Sarni Stok”. Był tam umówiony z Giuseppe. Włoch miał mu do przekazania wieści prosto z Rzymu. Zanim dojechali na miejsce Grzegorz nawiązał do ich wspólnej z Martą rozmowy, a właściwie sprzeczki na tle znalezionych w pocztowej skrytce materiałów.
– Tak się zastanawiam i myślę, że jednak dobrze zrobiliśmy wysyłając te cholerne dokumenty do prokuratury – powiedział.
– Zmieniłeś zdanie? – roześmiał się Jaś. – Bo Marta…
– Żadna Marta – prychnął Grzegorz przerywając mu. – Już raczej ten nowy Prokurator Generalny. Słyszałeś chyba, jaka była jego pierwsza deklaracja, tuż po wyborze.
– Że będzie ścigał pismaków?
– No właśnie… - potaknął Grzegorz. – Pomyślałem sobie, że nie chciałbym być pierwszym na jego patelni.
– Ciekawe w takim razie, kto cię na niej zastąpi…

C.D.N.
(Wersja PDF)

Czytane 24908 razy

Kopiowanie materiałów dozwolone pod warunkiem podania źródła: www.super-nowa.pl

Drukuj >>

<< Wstecz


Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się aby dodać komentarz.
Regulamin komentarzy >>
Więcej komentarzy >>

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze internautów.