REGION: BIELSKO-BIAŁA * ŻYWIEC * SKOCZÓW * CIESZYN * WISŁA * CZECHOWICE-DZIEDZICE * PSZCZYNA * KATOWICE * OŚWIĘCIM * KĘTY * WADOWICE * KRAKÓW * PÓŁNOCNE MORAWY
„STAN PODGORĄCZKOWY”

ODCINEK 9, CZĘŚĆ II

(archiwum)Sonda:

Kończą się wakacje. Czy dla Ciebie były udane?

Od: 26.08.2010

Czas wolny & Konkursy
reklama

Wampir ORKA | 08.03.2010 (1063)

Oto do czego prowadzi chęć objęcia władzy…

Zimna tarcza księżyca wyłoniła się leniwie zza brzegów zbłąkanej chmury. Srebrne światło zaczęło połykać chciwie ciemność i po chwili krajobraz lekko rozjaśnił się ukazując na horyzoncie granatowe plamy drzew. Na jednym z nich coś nagle ruszyło się, zaskrzeczało i odleciało w popłochu. Znowu było upiornie cicho. Prezydent przystanął nasłuchując. Jego pies już dawno powinien wrócić, wypuszczony kilka minut wcześniej na spacer. Ale po kundlu nie było najmarniejszego śladu.

–  Co za gamoń z ciebie! – mruknął do siebie Brum Brum, a po dalszej chwili nastawiania uszu gwizdnął w końcu tracąc cierpliwość.
–  Znaczek! Do nogi! – krzyknął, kiedy gwizdy nic nie dały. – Wracaj, brum, brum!

Delikatny szelest rozgarnianych liści i trącanych gałązek sprawił, że odetchnął z ulgą – najwyraźniej Znaczek usłyszał wołanie i pędził już, co sił w nogach. Dźwięk jednak urwał się, zupełnie jakby ktoś wyrwał nagle wtyczkę z głośnika. Zamiast tego, prezydent usłyszał ciężkie sapanie. Przez krótki moment w jego głowie pojawiła się szalona myśl, że to być może Hiacenty skrada się gdzieś w krzakach, albo nawet autor tych opowieści. Jeden i drugi nie ustawali w wysiłkach, aby deptać mu po piętach. Sapanie tymczasem zbliżało się i po chwili prezydent mógł już wyraźnie usłyszeć, że oprócz ciężkiego oddechu tajemnicze coś wydawało z siebie dźwięki podobne do chichotu. Ki diabeł tu wlazł, nie mógł pojąć prezydent?

–  Znaczek! To ty? – zawołał niepewnym głosem.

Tym razem pies dał znak życia. Zaskomlił tak przeraźliwie, że prezydentowi przebiegły po plecach ciarki, a zaraz potem spadł na niego strach. Złapał za gardło, ścisnął klatkę piersiową wielkimi obcęgami, a w końcu ulokował mu się w żołądku na podobieństwo ciężkiej, ołowianej kuli. A gdy w chwilę później zobaczył, co go tak przestraszyło, nogi odmówiły mu posłuszeństwa – z wrażenia aż przysiadł na małym pieńku. Wprost na niego brodząc w wysokiej, zeschłej trawie kroczył najprawdziwszy klaun…

–  Brum, brum… coś takiego – wyrwało się prezydentowi z zaschniętego gardła.

Klaun był coraz bliżej. Czerwony pompon zdobiący jego czapeczkę kiwał się na boki przy każdym kroku, a wielka żółta kula wieńcząca nos klauna rosła prezydentowi w oczach. Wreszcie stwór zatrzymał się rozsiewając dookoła dziwny zapach przypominający woń czarnych gród ziemi wybieranej wprost ze świeżego grobu. Prezydent skoczył na równe nogi, cofnął się o krok i zatkał nos.

–  Nie bądź taki wrażliwy – szepnął klaun wpatrując się w oczy prezydenta. – Za chwilę i tak nic już nie poczujesz.
–  Kim ty jesteś, u licha!? Brum, brum – prezydent wytrzeszczał oczy. – Ktoś cię na mnie nasłał?
–  Jestem twoim dowcipem – roześmiał się klaun i przytknąwszy obie dłonie do nosa zagrał na nim jak na trąbce.

Było to tak nieoczekiwane, pełne absurdalności, że Brum Brum parsknął śmiechem. Gdyby wiedział, że klaun tylko na to czekał… Zanim się spostrzegł, przybysz z lasu położył mu wielką dłoń na głowie i lekko ją ścisnął. W tym samym momencie wszystkie myśli, odczucia i wrażenia prezydenta rozpierzchły się w nicość, jak zdmuchnięta nagłym powiewem mydlana bańka. Klaun tymczasem połączył się z ta częścią umysłu swojej ofiary, która gromadziła pokłady dobrego humoru i optymizmu, i nie zwlekając ani sekundy dłużej wyssał je niczym wielki odkurzacz. Cała operacja trwała zaledwie kilka chwil, po czym klaun puścił głowę prezydenta, a następnie pstryknął go lekko w lodowaty nos.

–  No! Ocknij się! – zawołał. – Już po wszystkim.
Prezydent zatrzepotał powiekami, otworzył usta, chwilę tak stał, i naraz krzyknął:
–  Jezu! To wszystko jest do bani!
–  Co mianowicie? – zapytał klaun mrużąc przebiegle oczy.
–  Wszystko, cholera! Jakby mi zasłona spadła z oczu, brum, brum. Jak to możliwe, że wydawało mi się, że tak dobrze rządzę, brum, brum. Kurna… Trzeba będzie to zostawić chyba… Są lepsi…
- Nie przejmuj się tak – uspokoił go klaun. – Ludziom często wydaje się, że wystarczy założyć różowe okulary, a problemy same znikną.
–  Ale… co ja mam teraz zrobić? – zafrasował się prezydent.
–  Wrócić i wszystko poprawić, a najlepiej dać sobie spokój – rzekł klaun poprawiając sobie kulkę na końcu nosa.

Prezydent skrył twarz w dłoniach i westchnął głęboko. Jego myśli zalała przytłaczająca fala ogromu zadań, jakie go czekały. Kiedy znowu spojrzał przed siebie zobaczył jednak sufit we własnym pokoju. Ciemność powoli ustępowała pod naporem rodzącego się dnia. Przez dobrą chwilę nasz bohater nie wiedział, gdzie się znajduje i co się stało, wciąż przerażony tlącą się jeszcze w jego głowie porażającą smutkiem myślą. Ta czarna nić rwała się jednak z każdą sekundą, w miarę jak sen ustępował miejsca rzeczywistości, aż w końcu zniknęła gdzieś bezpowrotnie, a jej miejsce zajęło stare, dobre samopoczucie i zadowolenie z samego siebie. Ogarnięty nagłą euforią chwycił telefon i wystukał numer redakcji ratuszowej gazetki.

–  Dołóżcie mi tam jeszcze jedno moje zdjęcie, najlepiej na okładkę – polecił zaspanym głosem, po czym ziewnął szeroko i przymknął oczy zadowolony, że klaun okazał się tylko złym snem. Dobry nastrój nie trwał jednak zbyt długo. Zniknął znienacka, kiedy prezydent uświadomił sobie kogo przypominał mu klaun.
 
W chwili kiedy przed oczyma prezydenta stanęła prawdziwa maska klauna, na drugim końcu miasta, w siedzibie sieci zakładów usługowych „Lewituj z nami”, ich właściciel, radny Mamyja, gramolił się z bębna pralki automatycznej, którą swego czasu przerobił dzięki znajomością sztuk tajemnych na Podglądacz Snów. Mamyja stanął wreszcie na nogach i usiłując uspokoić wirujące wciąż w głowie myśli krzyknął do pustych ścian:
–  Niech cię diabli porwą, Brum Brumie! To dopiero początek!
 
Miasto powoli budziło się ze snu. Resztki nocnego mroku błąkały się w zimnych zaułkach czekając aż rozproszy je promień słońca. Nadchodził nowy dzień. W kolejce czekały następne, i następne. Gdzieś tam jeszcze daleko były i takie, które zapaść miały mieszkańcom w pamięci. Ale to już dalsza historia, do której w końcu i my dojdziemy.

Czytane 1668 razy

Kopiowanie materiałów dozwolone pod warunkiem podania źródła: www.super-nowa.pl

Drukuj >>

<< Wstecz


Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się aby dodać komentarz.
Regulamin komentarzy >>
Więcej komentarzy >>

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze internautów.