ODCINEK 9, CZĘŚĆ II
5.
Noc skrzyła się
na zmrożonym śniegu milionem mikroskopijnych gwiazd, a odbite od surowej bieli
światło ulicznych latarni wyławiało z mroku pojedyncze cienie ludzkich
sylwetek. Mróz wypędzał ludzi z ulic. Jaś był już w pobliżu krzywego mostku,
jak bielszczanie nazywali przeprawę przez rzekę Białą łączącą plac Ratuszowy z ulicą Bohaterów Warszawy. Po krótkiej chwili irytacji wrócił mu dobry humor, bo
okazało się, że bez problemu mógł kupić nieszczęsny wężyk. Nie cierpiał takich
sytuacji, kiedy w domu coś się chrzaniło. Lubił, gdy wszystko działało tak, jak
powinno. Miał zamiar z miejsca naprawić awarię, a później przygotować mięso na
befsztyki. Zaczął się właśnie zastanawiać, jak je najlepiej doprawić, gdy tuż
przed sobą usłyszał krzyk:
– Jezus Maria! O matko święta!
Stanął
wystraszony. Rozejrzał się i kilkadziesiąt metrów przed sobą dojrzał jakąś
kobietę. Leżała jak długa na krzywym mostku i rozpaczliwie machając ręką
usiłowała chwycić się barierki. Nie myśląc wiele podbiegł do niej.
– Pomogę – rzucił krótko, nachylając się.
– Ojej! Jak to
boli, Chryste! – jęczała tymczasem kobieta. Nie usiłowała już wstawać o własnych siłach. Leżała bezradnie na plecach, niczym przewrócony do góry nogami
żółw. Miała przymknięte oczy i łapała ze świstem powietrze cicho pojękując przy
tym. Widać było, że cierpi. Jaś zaniepokoił się.
– Co panią boli? – kucnął przy kobiecie. –
Proszę pani! Słyszy mnie pani? Co panią boli?
– Noga, noga… o matko… chyba ją złamałam… Żeby
ich szlag trafił! Pomioty cholerne! Jak można nie posypać lodu na tym
przeklętym moście?! – kobieta uniosła się nieco na łokciu. – No niech pan sam
popatrzy… Matko boska. Mogłam się przecież zabić na amen.
Jaś musiał
przyznać jej rację – na mostku ślisko było, jak cholera. Rozejrzał się dookoła,
ale nikogo nie zauważył. Nagle okazało się, że jest chyba jedynym oprócz
cierpiącej kobiety człowiekiem w tej części miasta. A było dopiero kilkanaście
minuto po szóstej wieczorem! Jakby los specjalnie wszystkich przegonił, żeby
jemu dać szansę wykazania się ludzkimi uczuciami. Akurat teraz, kiedy się tak
cholernie śpieszył. Co za dzień, westchnął w duchu z rezygnacją. Wiedział, co
teraz musi nastąpić.
– Do kogoś zadzwonić? – zapytał cicho.
– Nie… mam tylko syna, jest lekarzem, ale od
tygodnia siedzi na urlopie i nie ma go w kraju – zmęczonym głosem wyjaśniła
kobieta. – No chyba zostaje tylko Pogotowie Ratunkowe, bo przecież nie ruszę
się nawet z miejsca… – delikatnie przesunęła się w bok, co jednak i tak musiało
sprawić, że znowu poczuła ból, bo nagle syknęła, aż mu ciarki przeszły po
plecach.
– Już dzwonię – Jaś wyciągnął telefon.
Chwilę trwało
nim uzyskał połączenie. W kilku zdaniach powiedział, co się stało.
– No i co? Myśli pan, że pogotowie jeździ teraz
do połamańców? Z księżyca pan spadł? – usłyszał w słuchawce i na moment
odebrało mu z wrażenia mowę.
– Niech pani posłucha! – krzyknął w końcu. – Ta
kobieta cierpi, jest mróz, a ona nie ma nikogo bliskiego. Więc, jak do cholery…
– Ma pana obok siebie – głos po drugiej stronie
wpadł mu bezceremonialnie w zdanie. – Nie zginie więc. Trzeba ją tylko
przewieźć do szpitala pod Szyndzielnią. Do widzenia. Nie mam czasu na takie
rozmowy.
Trzask i rozmowa
zakończyła się. Jaś stał jeszcze chwilę z telefonem przy uchu i nie wierzył w to, co usłyszał. Nie miał pojęcia o zasadach panujących w Pogotowiu Ratunkowym,
ale był święcie przekonany, że w takiej sytuacji powinno ono pomóc. Była
przecież cholerna zima, mróz, a on tylko chciał poinformować o wypadku.
– Co? Olali mnie, tak? – starsza pani zaśmiała
się nagle z goryczą w głosie. – Takie sobie wyszykowaliśmy państwo, żeby ich...
No i co…
– Spokojnie – przerwał jej. – Mieszkam tuż
obok. Pójdę po samochód i za minutę będę z powrotem, i zawiozę panią do szpitala.
Niech pani tylko leży spokojnie. Zaraz wracam.
Zdjął płaszcz i okrył kobietę, mimo iż sprzeciwiała się temu. W kilka chwil był już pod swoją
kamienicą. Wsiadł do samochodu i przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik ruszył
natychmiast i kamień spadł mu z serca, bo już bał się, że w takiej temperaturze
jego stary akumulator wyzionie resztki ducha. Podjechał pod mostek.
– No! To jestem – krzyknął z samochodu.
Najostrożniej
jak mógł dźwignął kobietę i powoli usadził ją na tylnim siedzeniu. Pot kapał mu z czoła. Starsza pani okazała się nieco cięższa niż mogło się to wydawać na
pierwszy rzut oka.
– Jest pan aniołem – westchnęła przez łzy bólu
układając się ostrożnie na siedzeniu. – Mam na imię Maria. Przepraszam za to
wszystko. Pewnie ma pan kupę własnych problemów. Jak wszyscy zresztą, a stara
baba zawraca panu głowę.
– Co też pani
mówi! Trzeba sobie pomagać – uspokoił ją, chociaż w głębi duszy w jednym musiał
przyznać jej rację. Problemy ostatnio uwielbiały go.
Ruszyli i po
chwili kluczenia pustymi i śliskimi ulicami wyjechali z centrum. Jaś skierował
się na drogę prowadzącą do szpitala. Śnieg znowu sypał i wielkie płatki
przyklejały się uparcie do przedniej szyby wygrywając ze ślizgającymi się po
nich wycieraczkami.
– Najgorsze, że szłam właśnie na przystanek
autobusowy, bo miałam jechać do pracy. Z tego wszystkiego zapomniałam
zadzwonić, co się stało – kobieta poruszyła się niespokojnie na siedzeniu.
Jaś widział w lusterku, jak ociera chusteczką czoło. Miał nadzieję, że złamanie – o ile rzeczywiście
tak było – nie jest skomplikowane. W przeciwnym razie z nogą tej kobiety może
być źle. Tym bardziej, że nawet nie pomyślał (co za idiota), że należało
założyć jakieś prowizoryczne usztywnienie.
– Podam panu
numer telefonu – usłyszał nagle za plecami. – Zadzwoni pan i powie, że wiezie
mnie do szpitala? Będzie pan taki uprzejmy? Ja nie mam komórki. Zapłacę.
– Oczywiście – odparł. – Ale żadnej zapłaty nie
przyjmę. Niech pani już da spokój. Jaki to numer?
Podała go, a on
jadąc, jedną ręką wystukał na klawiaturze dziewięć cyfr.
– Tu Szymański. Słucham! – ostry głos
zachrzęścił w telefonie niemal natychmiast.
– Szym…
Przepraszam, nazywam się Jaś Jarocki i właśnie wiozę panią Marię, która u pana,
jak rozumiem, pracuje, do szpitala. Chyba złamała nogę i prosiła mnie, abym
pana o tym powiadomił.
– To jakiś żart?
– Może oddam
panią Marię – Jaś odchylił się nieco w bok i podał telefon kobiecie. Był
jeszcze pod wrażeniem pierwszej myśli, która przyszła mu do głowy, kiedy obcy
mężczyzna przedstawił się. W pierwszym momencie pomyślał, że to „ich”
Szymański. Co za bzdura, zganił się w myślach.
– Dzień dobry dla szanownego pana – kobieta
bardziej wyjęczała niż powiedziała. – To prawda. Przewróciłam się i chyba noga
poszła… Przepraszam najmocniej… Tak?... Oczywiście. Dobrze. Dziękuję bardzo. Do
widzenia i dobrej nocy dla pana. Jeszcze raz przepraszam.
Oddała mu
słuchawkę.
– I jak? Załatwione? – zapytał.
– Tak, tak. To
porządny człowiek. Przynajmniej dla mnie, bo różne rzeczy o nim mówią, ale ja
tam mam swoje o nim zdanie – zdecydowanie oświadczyła kobieta. – Nie wszyscy
bogacze, to świnie.
– Bogacze? To on
jest taki majętny, ten pani pracodawca?
– No jakże! Pan
Szymański wybudował połowę dróg w tym mieście, to miałby być nędzarzem? –
zdziwiła się kobieta.
– A to naprawdę
TEN Szymański?
– No… ten… tak.
Pan Henryk. Biznesmen. Ma taki dom, że można się w nim zgubić. Ale ostatnio coś
struty chodzi. Coś mu może w tym biznesie nie idzie, czy jak? Sama nie wiem.
– Jak się ma
takie pieniądze, to pilnowanie ich gorsze jest od zarabiania – zauważył Jaś. –
Pewnie zastanawia się, jak zarobić jeszcze więcej.
Chciał
podtrzymać za wszelką cenę rozmowę. Spotkanie z kobietą było prawdziwym
zrządzeniem losu i chociaż nie miał pojęcia, co mogło z niego wyniknąć, to
jednak czuł przez skórę, że nie powinien go tak po prostu zlekceważyć.
– Może jest
przygnębiony, bo jego znajomy zginął w Rzymie? – ostrożnie zapytał kiedy
kobieta dalej milczała. – Słyszała pani o tym? Jakiś Zieliński. Podobno ważny
gość w ratuszu.
– A tak,
słyszałam. W radiu. On był kilka razy u Szymańskiego. Widziałam go. Wielki pan z niego był. Nos to trzymał chyba na księżycu. Cały czas łypał na mnie takim
wzrokiem jak na psa i powtarzał, że nie lubi gadać przy świadkach. A pan
Szymański mu na to, że pani Maria, znaczy się ja, jest jak kamień w wodę. I to
prawda. Nigdy nic nie wyniosłam z tego domu. Ale człowieka szkoda. Że mu taką
dziurę we łbie wywalili. Co to się na świecie porobiło. Człowiek już nie może
spokojnie do papieża pojechać.
– No tak –
zgodził się Jaś. – Tajemnica, rzecz święta. A człowieka rzeczywiście szkoda.
Ale słyszałem też, że on tam sam mieszka, ten cały Szymański. To musi być
jednak dziwny człowiek. Taka chałupa i być samotnym… Psa chociaż ma?
– Aaaa tam,
panie. Zaraz samotnym. Ma taka jedną babę… straszna jędza z niej jest. Nawet
wczoraj wieczorem była u niego i gadała coś, że zgubiła jego, znaczy się pana
Henryka, prezent. Jakiś wisiorek. A później… O matko święta! – krzyknęła nagle i równie szybko umilkła.
Jaś wiedział, co się stało –
zaaferowany rozmową nie zauważył progu zwalniającego i zbyt szybko wjechał na
szpitalny parking. Popatrzył ze współczuciem i lekkim strachem w lusterko.
Kobieta zaciskała oczy i mruczała coś pod nosem ściskając dłońmi wyraźnie już
napuchnięte kolano. Wyglądała, jakby się modliła. Zatrzymał się i bez słowa
pobiegł po pomoc. Miał przy tym dziwne wrażenie, że usłyszał coś ważnego,
jednak zupełnie nie potrafił sobie uświadomić, co to mogło być.
c.d.n.
(Wersja PDF)
Czytane 24906 razy




Kopiowanie materiałów dozwolone pod warunkiem podania źródła: www.super-nowa.pl
Drukuj >>Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze internautów.
Więcej >>
