REGION: BIELSKO-BIAŁA * ŻYWIEC * SKOCZÓW * CIESZYN * WISŁA * CZECHOWICE-DZIEDZICE * PSZCZYNA * KATOWICE * OŚWIĘCIM * KĘTY * WADOWICE * KRAKÓW * PÓŁNOCNE MORAWY
„STAN PODGORĄCZKOWY”

ODCINEK 9, CZĘŚĆ II

(archiwum)Sonda:

Kończą się wakacje. Czy dla Ciebie były udane?

Od: 26.08.2010

Czas wolny & Konkursy
reklama

KASA, cz. 10 Krzysztof Oremus | 06.03.2010 (1061)

 5.

Noc skrzyła się na zmrożonym śniegu milionem mikroskopijnych gwiazd, a odbite od surowej bieli światło ulicznych latarni wyławiało z mroku pojedyncze cienie ludzkich sylwetek. Mróz wypędzał ludzi z ulic. Jaś był już w pobliżu krzywego mostku, jak bielszczanie nazywali przeprawę przez rzekę Białą łączącą plac Ratuszowy z ulicą Bohaterów Warszawy. Po krótkiej chwili irytacji wrócił mu dobry humor, bo okazało się, że bez problemu mógł kupić nieszczęsny wężyk. Nie cierpiał takich sytuacji, kiedy w domu coś się chrzaniło. Lubił, gdy wszystko działało tak, jak powinno. Miał zamiar z miejsca naprawić awarię, a później przygotować mięso na befsztyki. Zaczął się właśnie zastanawiać, jak je najlepiej doprawić, gdy tuż przed sobą usłyszał krzyk:
–  Jezus Maria! O matko święta!
Stanął wystraszony. Rozejrzał się i kilkadziesiąt metrów przed sobą dojrzał jakąś kobietę. Leżała jak długa na krzywym mostku i rozpaczliwie machając ręką usiłowała chwycić się barierki. Nie myśląc wiele podbiegł do niej.
–  Pomogę – rzucił krótko, nachylając się.
– Ojej! Jak to boli, Chryste! – jęczała tymczasem kobieta. Nie usiłowała już wstawać o własnych siłach. Leżała bezradnie na plecach, niczym przewrócony do góry nogami żółw. Miała przymknięte oczy i łapała ze świstem powietrze cicho pojękując przy tym. Widać było, że cierpi. Jaś zaniepokoił się.
–  Co panią boli? – kucnął przy kobiecie. – Proszę pani! Słyszy mnie pani? Co panią boli?
–  Noga, noga… o matko… chyba ją złamałam… Żeby ich szlag trafił! Pomioty cholerne! Jak można nie posypać lodu na tym przeklętym moście?! – kobieta uniosła się nieco na łokciu. – No niech pan sam popatrzy… Matko boska. Mogłam się przecież zabić na amen.
Jaś musiał przyznać jej rację – na mostku ślisko było, jak cholera. Rozejrzał się dookoła, ale nikogo nie zauważył. Nagle okazało się, że jest chyba jedynym oprócz cierpiącej kobiety człowiekiem w tej części miasta. A było dopiero kilkanaście minuto po szóstej wieczorem! Jakby los specjalnie wszystkich przegonił, żeby jemu dać szansę wykazania się ludzkimi uczuciami. Akurat teraz, kiedy się tak cholernie śpieszył. Co za dzień, westchnął w duchu z rezygnacją. Wiedział, co teraz musi nastąpić.
–  Do kogoś zadzwonić? – zapytał cicho.
–  Nie… mam tylko syna, jest lekarzem, ale od tygodnia siedzi na urlopie i nie ma go w kraju – zmęczonym głosem wyjaśniła kobieta. – No chyba zostaje tylko Pogotowie Ratunkowe, bo przecież nie ruszę się nawet z miejsca… – delikatnie przesunęła się w bok, co jednak i tak musiało sprawić, że znowu poczuła ból, bo nagle syknęła, aż mu ciarki przeszły po plecach.
–  Już dzwonię – Jaś wyciągnął telefon.
Chwilę trwało nim uzyskał połączenie. W kilku zdaniach powiedział, co się stało.
–  No i co? Myśli pan, że pogotowie jeździ teraz do połamańców? Z księżyca pan spadł? – usłyszał w słuchawce i na moment odebrało mu z wrażenia mowę.
–  Niech pani posłucha! – krzyknął w końcu. – Ta kobieta cierpi, jest mróz, a ona nie ma nikogo bliskiego. Więc, jak do cholery…
–  Ma pana obok siebie – głos po drugiej stronie wpadł mu bezceremonialnie w zdanie. – Nie zginie więc. Trzeba ją tylko przewieźć do szpitala pod Szyndzielnią. Do widzenia. Nie mam czasu na takie rozmowy.
Trzask i rozmowa zakończyła się. Jaś stał jeszcze chwilę z telefonem przy uchu i nie wierzył w to, co usłyszał. Nie miał pojęcia o zasadach panujących w Pogotowiu Ratunkowym, ale był święcie przekonany, że w takiej sytuacji powinno ono pomóc. Była przecież cholerna zima, mróz, a on tylko chciał poinformować o wypadku.
–  Co? Olali mnie, tak? – starsza pani zaśmiała się nagle z goryczą w głosie. – Takie sobie wyszykowaliśmy państwo, żeby ich... No i co…
–  Spokojnie – przerwał jej. – Mieszkam tuż obok. Pójdę po samochód i za minutę będę z powrotem, i zawiozę panią do szpitala. Niech pani tylko leży spokojnie. Zaraz wracam.
Zdjął płaszcz i okrył kobietę, mimo iż sprzeciwiała się temu. W kilka chwil był już pod swoją kamienicą. Wsiadł do samochodu i przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik ruszył natychmiast i kamień spadł mu z serca, bo już bał się, że w takiej temperaturze jego stary akumulator wyzionie resztki ducha. Podjechał pod mostek.
–  No! To jestem – krzyknął z samochodu.
Najostrożniej jak mógł dźwignął kobietę i powoli usadził ją na tylnim siedzeniu. Pot kapał mu z czoła. Starsza pani okazała się nieco cięższa niż mogło się to wydawać na pierwszy rzut oka.
–  Jest pan aniołem – westchnęła przez łzy bólu układając się ostrożnie na siedzeniu. – Mam na imię Maria. Przepraszam za to wszystko. Pewnie ma pan kupę własnych problemów. Jak wszyscy zresztą, a stara baba zawraca panu głowę.
– Co też pani mówi! Trzeba sobie pomagać – uspokoił ją, chociaż w głębi duszy w jednym musiał przyznać jej rację. Problemy ostatnio uwielbiały go.
Ruszyli i po chwili kluczenia pustymi i śliskimi ulicami wyjechali z centrum. Jaś skierował się na drogę prowadzącą do szpitala. Śnieg znowu sypał i wielkie płatki przyklejały się uparcie do przedniej szyby wygrywając ze ślizgającymi się po nich wycieraczkami.
–  Najgorsze, że szłam właśnie na przystanek autobusowy, bo miałam jechać do pracy. Z tego wszystkiego zapomniałam zadzwonić, co się stało – kobieta poruszyła się niespokojnie na siedzeniu.
Jaś widział w lusterku, jak ociera chusteczką czoło. Miał nadzieję, że złamanie – o ile rzeczywiście tak było – nie jest skomplikowane. W przeciwnym razie z nogą tej kobiety może być źle. Tym bardziej, że nawet nie pomyślał (co za idiota), że należało założyć jakieś prowizoryczne usztywnienie.
– Podam panu numer telefonu – usłyszał nagle za plecami. – Zadzwoni pan i powie, że wiezie mnie do szpitala? Będzie pan taki uprzejmy? Ja nie mam komórki. Zapłacę.
–  Oczywiście – odparł. – Ale żadnej zapłaty nie przyjmę. Niech pani już da spokój. Jaki to numer?
Podała go, a on jadąc, jedną ręką wystukał na klawiaturze dziewięć cyfr.
–  Tu Szymański. Słucham! – ostry głos zachrzęścił w telefonie niemal natychmiast.
– Szym… Przepraszam, nazywam się Jaś Jarocki i właśnie wiozę panią Marię, która u pana, jak rozumiem, pracuje, do szpitala. Chyba złamała nogę i prosiła mnie, abym pana o tym powiadomił.
– To jakiś żart?
– Może oddam panią Marię – Jaś odchylił się nieco w bok i podał telefon kobiecie. Był jeszcze pod wrażeniem pierwszej myśli, która przyszła mu do głowy, kiedy obcy mężczyzna przedstawił się. W pierwszym momencie pomyślał, że to „ich” Szymański. Co za bzdura, zganił się w myślach.
–  Dzień dobry dla szanownego pana – kobieta bardziej wyjęczała niż powiedziała. – To prawda. Przewróciłam się i chyba noga poszła… Przepraszam najmocniej… Tak?... Oczywiście. Dobrze. Dziękuję bardzo. Do widzenia i dobrej nocy dla pana. Jeszcze raz przepraszam.
Oddała mu słuchawkę.
–  I jak? Załatwione? – zapytał.
– Tak, tak. To porządny człowiek. Przynajmniej dla mnie, bo różne rzeczy o nim mówią, ale ja tam mam swoje o nim zdanie – zdecydowanie oświadczyła kobieta. – Nie wszyscy bogacze, to świnie.
– Bogacze? To on jest taki majętny, ten pani pracodawca?
– No jakże! Pan Szymański wybudował połowę dróg w tym mieście, to miałby być nędzarzem? – zdziwiła się kobieta.
– A to naprawdę TEN Szymański?
– No… ten… tak. Pan Henryk. Biznesmen. Ma taki dom, że można się w nim zgubić. Ale ostatnio coś struty chodzi. Coś mu może w tym biznesie nie idzie, czy jak? Sama nie wiem.
– Jak się ma takie pieniądze, to pilnowanie ich gorsze jest od zarabiania – zauważył Jaś. – Pewnie zastanawia się, jak zarobić jeszcze więcej.
Chciał podtrzymać za wszelką cenę rozmowę. Spotkanie z kobietą było prawdziwym zrządzeniem losu i chociaż nie miał pojęcia, co mogło z niego wyniknąć, to jednak czuł przez skórę, że nie powinien go tak po prostu zlekceważyć.
– Może jest przygnębiony, bo jego znajomy zginął w Rzymie? – ostrożnie zapytał kiedy kobieta dalej milczała. – Słyszała pani o tym? Jakiś Zieliński. Podobno ważny gość w ratuszu.
– A tak, słyszałam. W radiu. On był kilka razy u Szymańskiego. Widziałam go. Wielki pan z niego był. Nos to trzymał chyba na księżycu. Cały czas łypał na mnie takim wzrokiem jak na psa i powtarzał, że nie lubi gadać przy świadkach. A pan Szymański mu na to, że pani Maria, znaczy się ja, jest jak kamień w wodę. I to prawda. Nigdy nic nie wyniosłam z tego domu. Ale człowieka szkoda. Że mu taką dziurę we łbie wywalili. Co to się na świecie porobiło. Człowiek już nie może spokojnie do papieża pojechać.
– No tak – zgodził się Jaś. – Tajemnica, rzecz święta. A człowieka rzeczywiście szkoda. Ale słyszałem też, że on tam sam mieszka, ten cały Szymański. To musi być jednak dziwny człowiek. Taka chałupa i być samotnym… Psa chociaż ma?
– Aaaa tam, panie. Zaraz samotnym. Ma taka jedną babę… straszna jędza z niej jest. Nawet wczoraj wieczorem była u niego i gadała coś, że zgubiła jego, znaczy się pana Henryka, prezent. Jakiś wisiorek. A później… O matko święta! – krzyknęła nagle i równie szybko umilkła.
Jaś wiedział, co się stało – zaaferowany rozmową nie zauważył progu zwalniającego i zbyt szybko wjechał na szpitalny parking. Popatrzył ze współczuciem i lekkim strachem w lusterko. Kobieta zaciskała oczy i mruczała coś pod nosem ściskając dłońmi wyraźnie już napuchnięte kolano. Wyglądała, jakby się modliła. Zatrzymał się i bez słowa pobiegł po pomoc. Miał przy tym dziwne wrażenie, że usłyszał coś ważnego, jednak zupełnie nie potrafił sobie uświadomić, co to mogło być.

c.d.n.
(Wersja PDF)

Czytane 24906 razy

Kopiowanie materiałów dozwolone pod warunkiem podania źródła: www.super-nowa.pl

Drukuj >>

<< Wstecz


Nie jesteś zalogowany. Zaloguj się aby dodać komentarz.
Regulamin komentarzy >>
Więcej komentarzy >>

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze internautów.